Rynek biur elastycznych przeszedł w ciągu ostatnich kilku lat drogę, którą inne branże pokonują w dekady. Pamiętamy czasy, gdy coworking kojarzył się głównie z open space’em pełnym hałasu, darmową kawą wątpliwej jakości i startupami, które desperacko szukały adresu do zarejestrowania firmy. Dzisiaj ten model pracy przeszedł ewolucję, która dla wielu jest zaskoczeniem. Nie jest to jednak śmierć, lecz gruntowna metamorfoza – prawdziwa druga młodość, która wykracza daleko poza sam wynajem biurka.
Od taniego hot-desku do hybrydowego ekosystemu
Model pracy zdalnej, wymuszony przez pandemię, zmienił nasze podejście do przestrzeni. Okazało się, że praca w piżamie z własnej kanapy ma swoje limity, a izolacja społeczna nie służy kreatywności. Firmy, które kiedyś zarzekały się, że nigdy nie wrócą do biur, dziś z entuzjazmem podpisują umowy na tzw. hub-and-spoke. To model, w którym centrala jest mniejsza, a pracownicy korzystają z lokalnych punktów coworkingowych bliżej miejsca zamieszkania.
To nie jest tylko kwestia wygody. To czysta ekonomia. Firmy zauważyły, że płacenie za tysiące metrów kwadratowych biurowca w centrum miasta, w którym połowa miejsc świeci pustkami, jest finansowym harakiri. Elastyczność stała się nową walutą biznesu. Startup, który jeszcze wczoraj zatrudniał pięć osób, a jutro planuje skalowanie do dwudziestu, nie może wiązać się sztywnymi umowami na lata. Coworking daje im to, czego najbardziej potrzebują: zwinność.
Freelancerzy: Cyfrowi nomadzi w poszukiwaniu społeczności
Dla freelancera biuro przestało być miejscem wykonywania zadań, a stało się centrum społecznościowym. Kiedy siedzisz sam w domu, tracisz tę unikalną energię wymiany myśli przy ekspresie do kawy. W coworkingach spotykają się programiści, copywriterzy, projektanci i analitycy. To tam rodzą się projekty, które nigdy nie powstałyby w próżni domowego zacisza.
Dzisiejszy coworking to także design, który wspiera zdrowie psychiczne. Coraz więcej przestrzeni inwestuje w strefy ciszy, ergonomiczne stanowiska pracy, a nawet dostęp do jogi czy medytacji. Nie chodzi już tylko o szybkie Wi-Fi, choć to wciąż absolutna podstawa. Chodzi o well-being. Jeśli miejsce pracy sprawia, że czujesz się lepiej niż w domu, to naturalnie tam wracasz.
Co trzyma przy życiu branżę coworkingową?
Kluczem jest specjalizacja. Zamiast budować kolejne „ogólne” przestrzenie, operatorzy stawiają na nisze. Mamy więc coworkingi dedykowane branży kreatywnej, inżynierom czy nawet specjalistom z sektora biotechnologicznego. Taka segmentacja pozwala tworzyć społeczności o podobnych wyzwaniach i potrzebach.
Nie bez znaczenia jest też technologia. Aplikacje do rezerwacji biurek, systemy dostępowe oparte na smartfonach czy zaawansowane narzędzia do zarządzania eventami to dzisiaj standard. Coworking stał się platformą typu „space-as-a-service”. Nie kupujesz metrażu, kupujesz dostęp do infrastruktury i społeczności, którą możesz włączać i wyłączać jednym kliknięciem w telefonie.
Czy czeka nas przesyt?
Oczywiście, nie każdy projekt odnosi sukces. Na rynku widać wyraźną selekcję. Te obiekty, które oferują tylko cztery ściany i biurko, rzeczywiście mają problem. Klienci stali się świadomi i wymagający. Dziś płacą za wartość dodaną – networking, prestiżowy adres, wsparcie administracyjne czy dostęp do eventów branżowych. Jeśli tego nie ma, coworking jest tylko drogim substytutem domowego biura.
Patrząc w przyszłość, można śmiało postawić tezę, że granica między tradycyjnym biurem a coworkingiem będzie się coraz bardziej zacierać. Wiele korporacji już teraz projektuje swoje siedziby tak, by przypominały coworkingowe przestrzenie – z dużą ilością stref do pracy nieformalnej, miejscami do kolaboracji i otwartością na różne style pracy.